Małe jest piękne.

Nikomu nie trzeba przedstawiać klubów ze światowej czołówki. O klubach ligi angielskiej hiszpańskiej, czy włoskiej sportowe dzienniki jak i wszelakie magazyny rozpisują się codziennie, a w telewizji aż huczy od informacji o tym, co dzieje się z gwiazdami wielkich klubów.

 Wydawałoby się, że potęga finansowa i marketingowa jaką dysponują te kluby miażdży wszystko i wszystkich wokół siebie. Czy aby na pewno tak właśnie jest.
 
Chciałbym na przykładzie miasta jakim jest Manchester zaprezentować coś ciekawego. Ostatnio w dzień meczu Manchester United – Arsenal, po którym to czerwone diabły świętowały kolejne mistrzostwo kraju, jechałem akurat taksówką. Jako, że mecz ten był na ustach całego niemal miasta, zapytałem człowieka za kółkiem o to, co myśli na temat meczu.
 
Jego odpowiedź brzmiała mniej więcej tak:
 
"Słuchaj stary, ja mam daleko gdzieś taką piłkę, gdzie jedenastu milionerów wybiega naprzeciwko kolejnych jedenastu, i to że w radiu od tygodnia słucham o katarze jednego z nich, jakby to był koniec świata. Mnie to nie bawi."

Zapytałem więc o to, co go kręci, i usłyszałem:

„Stockport County”.

Wydawało by się, że w mieście jakim jest Manchester, poza United lub City nie ma miejsca na nic więcej niż szkółki czy kluby widma, na mecze których chodzą dziadki z okolicy.

Otóż nic bardziej mylnego.

Pomimo niezwykłej potęgi obu klubów, małe kluby piłkarskie z Manchesteru mają się wyjątkowo dobrze. Za przykład takiego właśnie klubu można podać Stockport, które ma wielotysięczną rzeszę Kibiców, i który prowadzony jest bardzo profesjonalnie.
 
Zarządzanie tym klubem swobodnie mogłoby  służyć za wzór wielu polskim działaczom czy menadżerom. Trzeba dodać, że znakomity marketing oraz renoma ściąga do tego właśnie klubu mnóstwo dzieciaków, ponieważ funkcjonuje tam znakomita szkółka piłkarska. W dodatku, obok – pomijając już dwie największe „firmy” Manchesteru - Stockport ma swoja siedzibę obok takich klubów Bolton czy Wigan, a w odległości 45 minut drogi pociągiem, swoje siedziby mają Liverpool FC, oraz Everton.

Pomimo tak ogromnej konkurencji, także i inne mniejsze kluby takie jak Oldham, Bury czy Altrincham

cieszą się sympatią rzesz Kibiców, którym nie w głowie kibicowanie jakiemukolwiek innemu klubowi. Po rozmowach z sympatykami takich właśnie klubów jestem przekonany o tym, że nie zamieniliby swoich miejsc na stadionach na inne choćby na stadionie potentata brytyjskiego futbolu.

Postacie takie jak Rooney, czy Ronaldo wcale ich nie kręcą, a czasami wręcz przeciwnie. Często porównując Kibiców zasiadających na kameralnych obiektach, z tymi którzy kibicują wielkim klubom, można zauważyć między nimi spore różnice. Mianowicie te mniejsze kluby, mają na swoich trybunach ludzi, którzy żyją z tym klubem, znają wszystkich w jego otoczeniu, i wiedzą o nim prawie wszystko.

Przeżywają sukcesy i porażki tak jak własne, ci Kibice często angażują się w różnego rodzaju akcje, czy też pomagają swojemu klubowi w pozyskiwaniu środków finansowych. Niestety całe to porównanie nie wypada korzystnie dla tych wielkich klubów; ludzie zasiadający na tych znanych w świecie stadionach bardzo często wykorzystują ten fakt do lansowania się. Zapominają, że ubranie koszulki czy skarpet z logiem klubu nie robi z nich prawdziwych Kibiców. W ich przypadku perfekcyjnie zadziałał mechanizm marketingu.

Obserwując to co się dzieje, możemy zauważyć w świecie Kibiców pewne zjawisko. Otóż, młodzi ludzie interesujący się futbolem zapytani o ich ulubione kluby, coraz częściej zaczynają wymieniać nazwy klubów z „niższej półki”, bo być może tak samo jak ten manchesterski taksówkarz, mają dość słuchania o katarze gwiazdeczek w ogólnokrajowych mediach.

foto 1: Przed Edgeley Park

foto 2: Edgeley Park, widok z trybun

zdjęcia pochodzą z: ernieflag.co.uk

 

...do archiwum